Bolesna prawda o zarabianiu na AI. Masz efekty, czy tylko szybciej klikasz?
Tak się ostatnio zastanawiałem, ile osób – pobierających w ostatnich tygodniach setki promptów, skilli do Claude Code czy innego narzędzia AI – faktycznie osiągnęło z tego tytułu konkretny wzrost dochodów lub więcej wolnego czasu.
Podkreślam: większy dochód i realna oszczędność czasu na aktywności poza pracą. A nie to, że wcześniej nie umieli programować, a teraz mają 100 wygenerowanych (ale bezużytecznych) stron. Albo, że stworzyli 50 ekstra karuzeli na Instagram, z których żadna nie zdobyła ani jednego klienta.
Czy siedzą po nocach i “wajbkodują” apki, co do których nawet nie wiedzą, czy rynek ich potrzebuje, bo badaniem rynku postanowili “zająć się później”?
Kto tak naprawdę zyskuje na sztucznej inteligencji w biznesie?
Obserwuję rynek i widzę jedną kluczową zależność: najlepiej na współpracy ze sztuczną inteligencją wychodzą osoby, które mają już konkretne umiejętności w danej dziedzinie.
Są to na przykład skuteczni copywriterzy (nie mam tu na myśli osób piszących artykuły pod SEO), którzy znają zasady reklamy, biznesu i strategii. Oni dokładnie wiedzą, o co pytać maszynę i jak ma wyglądać finalny efekt. Oszczędzają czas na researchu, traktując AI jak sparingpartnera, który wychwyci luki w ich rozumowaniu. A jednak na koniec to oni podejmują decyzję, czy porada od algorytmu ma w danym kontekście sens.
Niedawno rozmawiałem z przedsiębiorcą, który zjadł zęby na marketingu i zarabiał doskonałe pieniądze jeszcze przed erą AI. Dzięki sztucznej inteligencji i bogatej bazie opisanych procesów w firmie:
- zautomatyzował szereg działań,
- przyspieszył tworzenie materiałów marketingowych,
- zmniejszył koszty zatrudnienia.
Zarabia coraz więcej, a zamiast siedzieć wieczorami przed komputerem, może wyjść wcześniej i spędzić czas z rodziną.
Syndrom profesjonalnego aparatu w rękach amatora
Jeśli nie wiesz, jak powinien wyglądać dobry tekst sprzedażowy, AI wygeneruje Ci po prostu ładnie ubraną w słowa marketingową mielonkę.
To tak, jakbym kupił sobie profesjonalny aparat za 50 tysięcy złotych, naszpikowany najnowszą technologią i świetną stabilizacją obrazu. Ale jeśli nie mam pojęcia, jak operować światłem, nie rozumiem kompozycji i nie wiem, jak złapać kadr – co z tego, że sprzęt jest z najwyższej półki?
Najwyżej szybko napstrykam tysiąc zdjęć, które będą ultra-ostre, ale potwornie nudne i płaskie, na które nikt nie będzie chciał patrzeć.
Tak samo jest, jeśli kompletnie nie czujesz marketingu, bo nie zbudowałeś fundamentów. Potrzebujesz oferty? Odpalasz ChatGPT, Claude czy Gemini i jazda. Tylko że dobra sprzedaż to nie sztuka łączenia ładnych słówek, ale przemyślana komunikacja marketingowa.
Skoro nie wiesz, czym jest Twoja Big Idea (wielki pomysł przyciągający odbiorcę) albo jaki jest Unikalny Mechanizm działania Twojego produktu, to jak masz „zapromptować” o to maszynę? Algorytm nie załata Twoich luk w strategii.
Paweł Cisek
Dlaczego teksty wygenerowane przez AI palą budżety reklamowe?
Skąd wyciągam tak ostre wnioski? Przez moje ręce na konsultacjach przechodzi ostatnio sporo ofert i lejków sprzedażowych. Widzę to, czego większość nie zauważa.
Każda osoba, która poszła w tryb „full AI” w swoich tekstach i strategii, nie dbając o ludzki szlif – straciła pieniądze.
Zamiast obiecanego wzrostu, zaliczali spadki przychodów lub nie widzieli żadnych efektów. Co ciekawe, w e-mail marketingu zyski czasem rosły przez pierwsze 2-3 miesiące, po czym leciały na łeb, na szyję. Ludzie zaczynali dostrzegać, że treści są mdłe.
Ostatnio konsultowałem trzy różne oferty. W każdej z nich użyta była identyczna, “unikalna” metafora od AI. Wszędzie te same wyświechtane frazesy o „synergii” i „dynamicznych ekosystemach”, które dla laika brzmią mądrze, ale w rzeczywistości są generyczną papką.
Dlaczego to nie działa? Bo AI nie potrafi zbudować autentycznej więzi ani chemii z odbiorcą. Ludzie instynktownie czują, kiedy rozmawiasz z nimi Ty, a kiedy gada do nich bezduszny algorytm. A bez autentyczności klient po prostu zamyka portfel.
Sztuczna inteligencja to dźwignia. A matematyka jest bezlitosna…
Być może myślisz: “Skoro tekst jest ładny, gramatyczny i bez błędów, to wszystko gra, prawda?”. Otóż nie. Spójrzmy na to przez pryzmat chłodnej matematyki.
Wyobraź sobie, że Twoje realne umiejętności marketingowe to liczba od 0 do 10. Sztuczna inteligencja to mnożnik (dźwignia) – powiedzmy x10.
Scenariusz A:
Masz konkretną wiedzę i unikalny głos w internecie – przyjmijmy umownie, że wartość takiej bazy to 8 punktów. Teraz używasz AI, które mnoży to x10, żeby szybciej ubrać to w odpowiednią formę i oszczędzić Twój czas. Co daje wynik: 80. Stajesz się rakietą, bo masz bazę, którą warto (i da się) mnożyć.
Scenariusz B:
Nie masz pojęcia o marketingu i liczysz, że prompt „napisz mi ofertę życia” załatwi sprawę. Zatem Twoja bazowa wartość umiejętności wynosi 0. I tu matematyka jest bezlitosna: 0 × 10 = 0
Nawet jeśli AI wygeneruje Ci 100 stron idealnie poprawnego tekstu, reklam, czy pomysłów – to jeśli ich bazowa wartość merytoryczna i emocjonalna wynosi zero, finalny efekt nadal jest… cóż, do kitu. Po prostu szybciej wyprodukujesz coś, czego nikt nie kupi.
Jak przestać mnożyć zero?
Najpierw warto podnieść swoją bazę umiejętności i zrozumieć, co sprawia, że człowiek po drugiej stronie monitora mówi: „Wchodzę w to”.
AI nie nauczy Cię empatii do klienta, wyciągania realnych obiekcji ani budowania strategii, która przetrwa kolejną zmianę algorytmu. To właśnie pokazuję w programie Client Cyclone.
To nie jest kolejny kurs o tym, jak pisać prompty, tylko mentoring, w którym budujemy Twoje fundamentalne umiejętności marketingowo-sprzedażowe.
Takie, które sprawią, że kiedy następnym razem odpalisz sztuczną inteligencję, będziesz wiedział dokładnie, jak ją „ustawić”, żeby zamiast generycznej papki, stworzyła maszynę do zarabiania pieniędzy.